| |
Zbigniew Ikona Kresowaty należy do
tych nielicznych twórców, którzy jak Andrzej Frycz Modrzewski, sprawiają
wielką trudność badaczom ze względu na renesansowe podejście do sztuki.
Z tego też powodu jakakolwiek próba ogarnięcia całego dzieła, przez
jednego człowieka musi się ograniczyć tylko do niewielkiej cząstki tego,
co dopiero zespół kompetentnych znawców ma szansę oddać jako całość.
Jednak we wszystkich dziedzinach można znaleźć pewne podobieństwa, które
pozwalają w sposób intuicyjny uchwycić indywidualny ślad artysty. I tu
pojawia się kolejna trudność wynikająca z tego, że krzyżują się w jego
pracach nie tylko różne elementy związane ze stylami i epokami, ale
także odnajdujemy tu ogromny wpływ różnych kultur ze szczególnym
uwzględnieniem bliskich mu kresów. Niewątpliwie ta niezwykła mieszanka
ma ogromny wpływ na ostateczny obraz tego, co ma nam do zaoferowania ten
poszukiwacz nowatorskich rozwiązań, zaskakując swoją niepowtarzalnością.
Trzeba jednak zaznaczyć, że Zbigniew Kresowaty nie jest rzemieślnikiem,
który w sposób precyzyjny powiela określone wzorce z przeszłości, lecz
świadomym swojej oryginalności kreatorem nowych wizji, ubierającym
przeszłość w niecodzienne rozwiązania. Nawet skromna znajomość malarstwa
i rzeźby uświadamia nam, że upodobanie do klasycznego smaku, choć być
może dużo trafniejsza byłaby uwaga, że to nie klasycyzm, ale fascynacja
secesją powoduje, iż odnajdujemy tutaj płynność linii i swobodę
kompozycji, co określa pewną nieprzekraczalność granic, które mogłyby
irytować swoim dziwactwem, gdyby zostały przesunięte chociażby o
milimetr. Przy czym nie odważyłbym się zaszufladkować tego, co robi
Zbigniew Kresowaty, ponieważ on jakby tylko muskał określone propozycje
w jakimś biegu, który nie pozwala mu się zatrzymać. Może jest to zbyt
odważne, ale mógłbym porównać twórcę do wiatru, który przemyka się obok,
zachwycając swoim dźwiękiem a równocześnie nie dającym się ujarzmić w
określonej bryle. Dlatego dążenie do niemal perfekcyjnego ukazania, na
przykład ludzkiej sylwetki, robiącej wrażenie wprost wypieszczonej, nie
jest doprowadzone do końca i ciało rozpływa się w surrealistyczny
obrazie Kiedy się na to patrzy, to trudno nie ulec wrażeniu, że to
Michał Anioł i Salvadore Dali przeniknęli się nawzajem, tworząc nową
jakość pod postacią czarodzieja z Wrocławia. Naturalnie nie staram się
na siłę szukać jakichkolwiek korzeni, gdyż nie czuję się na tyle
kompetentnym, aby podejmować w tym przypadku jakąkolwiek, choćby
najmniejszą próbę. Ta moja ostrożność wynika również z tego, że jeśli
położymy obok siebie rzeźbę, ikonę oraz rysunek, to odnosimy wrażenie,
jakbyśmy oglądali prace trzech całkowicie obcych sobie ludzi. To jakby
tworzenie siebie na nowo pod wpływem innego tematu lub całkowicie nowej
koncepcji. Oczywiście, obserwując ewolucje innych, którzy zaczynali od
malowania krajobrazów, a skończyli na ikonach lub malarstwie
nowoczesnym, dostrzegamy odmienność prac, ale w tamtych przypadkach jest
jakby ostateczne pożegnanie jednego, aby już do końca życia pozostać
przy tym drugim, natomiast u Kresowatego jest odwrotnie, jakby łapał
wszystkie sroki za ogon i nie rezygnując z niczego, równocześnie
doskonali wszystkie drogi, które na początku wybrał. To kolejny czynnik,
który uniemożliwia zaszufladkowanie, dlatego tytuł niniejszej pracy też
należy traktować z wielką ostrożnością, jako duże uproszczenie tego, co
ma nam do zaoferowania omawiany przez nas twórca.
Nie zapominając o tym, że Zbigniew Kresowaty jest także krytykiem,
również i tutaj odnajdziemy tę niezwykłą korelację między światem
realnym i poetyckim. Sam będąc poetą, bardzo dobrze zdaje sobie sprawę,
że są miejsca, których dopowiedzieć się nie da i nawet najbardziej
wytrawny krytyk, który uwolni się od pewności siebie, będzie musiał ulec
urokowi tego, co niewypowiedziane i tak bardzo ulotne, że jakakolwiek
próba analizy, może się skończyć brutalnym zniszczeniem czegoś, co może
istnieć jedynie w określonej atmosferze, gdzie nie powinno się wchodzić
z buciorami interpretacji, ponieważ nie ma tam na to miejsca. Przecież
nie jeździ się buldożerem po klombie, rozpruwając gąsienicami niezwykły
zapach róż. Wypowiedzi krytycznoliterackie Kresowatego są bardzo
specyficzne
i już same w sobie stają się pewnym znakiem firmowym zarezerwowanych
tylko dla niego, gdyż trudno sobie wyobrazić, by ktoś spróbował iść tą
samą drogą. Znajdziemy tutaj pewne balansowanie między konkretnym
chodzeniem po ziemi i równocześnie bujaniem w obłokach, bo przecież
takie są poetyckie wypowiedzi, które, nie rezygnując z ziemskiego
padołu, wymykają się do krainy, zaskakujących nas na każdym kroku
paradoksami. Wydaje mi się, że właśnie na tym polega inność podejścia
literata z Wrocławia do twórczości tych, których książki omawia. Z tego
też względu obok konkretnych, niemal zimnych, stwierdzeń pojawia się
poetyckość, która w sposób metaforyczny dobudowuje niezwykły świat
interpretacji, który znów, w zależności od upodobań i gustu czytelnika
może wywoływać różne reakcje. Jednakże nikt nie zaprzeczy, że łączenie
tych dwu elementów powoduje nie tylko to, że mamy okazję zetknąć się ze
specyficzną wypowiedzią, ale odnosimy wrażenie, jakbyśmy znowu
obserwowali połączenie dwóch antagonistów, którzy w tej nowej sytuacji
zaczynają ze sobą współpracować, tworząc ład. W tym wypadku będzie to
połączenie klasycyzmu z romantyzmem, gdzie obok piękna i harmonii
wypowiedzi niby smukłych kolumn, spotykamy się z potokiem słów
zachowujących się jak ulotne nimfy lub rusałki unoszące się w swoich
zwiewnych szatach tuż nad ziemią niczym baletnice na palcach. Naturalnie
nie każdy musi lubić balet, ale chyba każdy przyzna, że właśnie to
dodaje pewnej eteryczności recenzjom omawianego przez nas literata.
Aby nadążyć za tą niezwykłą osobowością trzeba mieć nie lada kondycję i
reporterskie zacięcie oraz wszechstronną wiedzę, by się pokusić o to,
aby ogarnąć nie tylko jego poezję i dorobek krytycznoliteracki, ale
również nie mniej imponującą siłę, dzięki której Zbigniew Kresowaty
staje się popularyzatorem tego, co dzieje się we współczesnej
literaturze polskiej. Ten tytan pracy, dzięki swoim kontaktom z różnymi
miłośnikami pędzla i pióra, podejmuje się przybliżenia tego, co się
dzieje w artystycznym świadku, a co bardzo często jest spychane na
boczny tor nieuwagi i ginie gdzieś w niepamięci.
Kończąc tę próbę zasygnalizowania tylko nielicznych elementów z tej
bogatej działalności pod skrzydłami prawie wszystkich Muz, chciałem
podkreślić szczególną życzliwość tego człowieka, który, mimo tak wielu
pasji, odnajduje czas, aby na chwilę przystanąć i podać rękę tym, którzy
dopiero przebijają się na parnas.
Robert Czop
|
|