back

  WIERSZE INNE
                                 
                                                       
    Anioł Rafael - przejaśnienia w dniach wyborów
skóra bez tytułu
Niesenność czy homeostaza?

back   Anioł Rafael - przejaśnienia w dniach wyborów

I - dzień

Kiedy trzymam w ręce kielich i wznoszę ku wyobraźni
Pojawia się Anioł Rafael Nagi– widzę Go jak stąpa w Ogrodzie
A wiec jest podejrzany przez cień kont mojego rogowego oka
Wychylony ze światła jak dym -JA staram się być zdziwiony
Anioł jest widoczny w mojej duszy imieniu –Anioł poblasku
Spalający się w słońcu w złotym papierku cukierek po śnie
A Eony jego włosów prowadzą do rzeki dzieciństwa i jest poranek
Horyzont na moich policzkach nisko idę w poranku poświęconych pól
Z krwią pieśni na ustach o pięknej i groźnej miłości po ścieżkach
Lepka skóra skomli do płatków warg poblaskiem czasowników A
Dom Starego Testamentu jeszcze daleko gdzie przed drzwiami buty
Van Gogha zmęczone i balet drzew oszronionych kwietniem pletniem
Zaraz wejdę w nie i pójdę za Aniołem Rafaelem
KTÓRY ciągle uwodzi zawiedzonych na krańce pór roku na Parków nowia w
Poszukiwania i pokazuje swe dwojakie ciało między chmurami
Zarośnięte ścieżki po których odstukały swoje kopyta zdziczałe
Rozrzone herosowe Centaury umykając na Panteony - Słyszę
pochwalny tentent w mrukliwej ziemi w głęboko w czarnej skrzynce
Jeszcze gniją jak sny na zakrętach zeszłej jesieni jakby w gałęźnych nocach
znaki szczęścia mrukliwe wojny przyszłości ? –A TUTAJ
W mrokach czas ogrodnik miotłą świętą sypie z oczu niewiernych
A bywało że leżałem w ostach młodniałem w złu a chmury jak
Basiory sprzeczały się z Bogiem o poranek słonecznej prawdy
Ale ona wybyła na cyrklowych nóżkach wczesnym rankiem- fajnie
Było cienistym Murem pozostać w niewiedzy nie brać w rozprawach
"Za udział " pozostawić sobie nagły stan pokoju surowe serce
I marzyć o Rafaelu niech znów zastąpi Stróż Nowy nad łoże
Rodem ze snu - ale TEN nie przychodzi ani Tamten żaden Święty
Czekam w sobie jak nowy Godot i wiem że czekanie czeka już
Kielichem zawisło na promieniach słońca jak w Getschemanii
Jestem wciąż pełen krwi -z niej brałem i KIEDYŚ częstowałem
Anioła nad Nirwaną Wzrok–Sen tamten został wcielony "kąt piąty"
GDZIEŚ rogate zwierzyńce miłości dziczeją Znów po drugiej stronie
Rzeki - Nie bój się ukołyszę cię duszo nie bój się baranku i wilku
Utulę cię w palcach ulepię śliną ziemią drzewa rodzajem owocu
Na przemienienie lepką ugodą w kołysce cieplutkiej trumienki
Położę żale wierszy - zdumię się póki język waha się na słowie jak
Na sznurku wyznanie dzwoniącego dzwonnika w miasteczku snu
Aniele śpiący w Bełczącu KTÓRYŚ dorósł jesieni Marianny
Aniele Poetów w dużym żółtym berecie stojący czasem w kolejce
Pod Sklepem z podrapanym nosem z podbitym okiem Aniele

W mej pociemniałej brązowej skórze dzierganej dziurami i smaku
Patykiem pisany – kładę głowę wiarę daję milczeniu pragnienie Aniele
Podejrzany o to co chwaliłem nie będąc mędrcem ja Bidul proszący
Czynnie o grosik pozdrowienia przed Katerdrą Pańską na Tumskim
W niedzielę zmiany Tajemnic Różańca pachnącego różą kolczastą

II - dzień

Znów Nowie Księżyc wczoraj zaćmił słońce w Egipcie
A w Twoim ogrodzie stopy rozciapierzają się jak iksiki ptasie
Smog gnijących jabłek po zimie na przemienienie wiosny
Znów oddycha ziemia jamkami kołyskami liści kopczyki
Pod którymi twarze a nawiedzenie kołysze gałęzią łodygą Raj
Stapam jak Rafael kloaczną mysią ścieżką z kawałkiem myśli
Z kocią łapką z pazurkami w chaszcze słowa z pamięci pomysłem
A Góry lecą nad moimi ramionami skórzane kozy spod Jerozolimy
Wielki Wieloryb znad Jeziora Genazaret –pamiętasz Głos Aniele
Na moim własnoręcznie namalowanym obrazie "Widzenie"-były
Przepowiednie bezwiedne proroctwa starsze jak z Szhekspeare'a
Sceny cieni ręce w dogmatach nogi w stygmatach klęczące Ot!
Wędrowanie za koguta pianiem z całym domem– to było także
Na Ikonach oczy wiecznie otwarte w bezczasie odważnie sine
Patrzące spod przymróżonej powieki jeszcze widzą mnie
Niosę swą rozkosz w dużym żółtym berecie w ogród Muz
Trupy pór ścielą się pięknie jak w Wenecji i umierają sto
Razy w jednym miejscu najbardziej w "okolicy poetów"
Wszystko co umiera jest przepiękne –I mądrzej zęby podgryzają
Księgę Mądrości niż szczury Pana Naszego do której od dawna
Już odwołany poeta z dzieciństwa żyjący na łasce światła NIE
zaglądał dziś Poduczony jak łabędź na jeziorze na sprężynie
W kręgach choć prostak z nożem podchodzi do jabłka jesienią
Z miękką myślą w epitafium wchodzi bez pardonu do kamienia
A przecież to nie tak zbawia się wszystko - Bóg przysyła zawsze
Mrówkę do zbawienia wszechświata – Teraz też tak samo
Siedzę w Ogrodzie Chateau widziałem Rafaela i Świętych
Łykałem pyłki księgi kośmidruję jak głodomór w nadzieję
W wybory jak płowy wróbelek któremu ledwo starcza
Na gniazdo w Stracha kieszeni w dalekim Od-nowiu polu
O zapachu spiżu taki mi normalny z nienormalnych

III - dzień

z dzieciństwa pamiętam zdziwienie nierozumnej
głębokiej studni bez den – dziś pogłos podnosi człeka
I trzyma żeby tylko NIE odchodzić nie zapaść się w przeszłość
Kościół dzwoniący na Nieszpory to dobre wspomnienie bezpieczne
Oderwane od słońca JESZCZE tli się na końcu jego stalówka
Jak krzak w cztery strony świata znak dodawanie ziemi do nieba
Drewniany kwitnie w nim ogień – I jest tak samo jak w Stanowicach
Niezrozumienie wzrok ojca surowszy niż słowo – nim Teraz władam
JA i przywołuję co chcę nawet KANTciastą brązową twarz pośród
Rozdeptanych na ścieżce jabłek – odrzucone już na bok XXI wieku
Glosy ptaków pokotem spadają na przemienienie jakieś dzieci snu
Czasowniki wołają zza i wkładają do dziury płotu okrwawiony palec
Dlatego pamiętam tą rzeźnię za zakrętem miasteczka: kości - ryje i Skórę
rozciągniętą na płocie obok sklepu jak Kraj Rad czerwoną
Taką Suknię Dejaniry wyjętą z Nessosa kawałki pamięci- mięso
niesione główną ulicą przez psa wrześniowego i wiem o witrynie
Sklepu : afisz o wojnie z Wietnamiu z Jonssonem który miał duży
Ogromny nos -Wielka bomba nad wściekłymi literami Precz ręce!
Całe beczki śledzi z jakiegoś Morza Martwego – Obrzydliwe obok
Łańcuchy i gwoździe zapach oliwy w błysku demokryt światła
i NIC! –TERAZ jeszcze wyświetla się negatyw filmu którego
Instrumentem ugody jest wiersz pisany na zeschłym księżycu liścia
Żyłki z kurzu unoszą się Aniele Trzeci Gołoskóry bez jednego pióra
Nagi i Bosy przechadzasz się bezwiednie bezrozumnie rozkosznyś
Aniele Dziecka - Poeto Stróżu Gabrielu Słowa mów prosto z nieba
Strumiennie szumisz w Ogrodzie na brzegu stołu jesteś mi zawsze
Ręką prawą choć oderwanym ruchem tworzę pamięć wyboru

 

back   skóra bez tytułu

skóra na której wypisuję się znaki -włosy pędzą dłużej niż czas
twego pożyczonego bytu gdy już po tobie ONA skóra jeszcze jest
jak torebka po matce skóra nabyta późną nocą z głosem jęczenia kotki
w sklepie miłosnych kłamstw przesiąknięta potem dziadka Kajetana
otacza teraz twoje silikonowe serce –jesteś Młody i niepamiętliwy
ale skóra ogranicza twój lot krótsza o pułap i ogon większa o bąble ucz
groźniejsza o wilczy sen to ona składa się w kostkę gdy idziesz spać
jest w śnie z worka w którym mieszkał Anioł Nieposłuszny TERAZ
wyje za rogiem ulicy przemienił się w rynnę czy Neon –nocą świeci
nad Hotelami w którym popijasz dżin i słuchasz psiej skóry
Skóra – to co po słowie zostaje jama i to co się pierwsze stało
juz sie nie odstanie jedynie jak kostium po umarłej matce i ojcu
epitafium w którym napotykasz wędrowca Nagle zaczynasz wierzyć
we wczesną wiosnę Kiedy zaczynasz czuchrać ziemię w Ogrodzie
po zimie Gdy spłonęła Europa i Manhattan jest XXI wiek świeci
słońce po zimie oddajesz skórę Rad – nie rad ale brat chociaż
garnitur nadżarty molem którego przysłał Bóg żeby zbawił świat
ten sam wędrowiec wyciąga rękę po grosik pocieszenia oparty o
kostur zakwitły skóra poświadcza istnienie :wlazło do niej i kwiczy
kiedy się przyjrzeć w Jego żółtych oczach drzemią tysiąclecia A
z głowy wyrastają rudawe pręty i śmigły czas niesie jaskółkę która
Nisko schodzi w ciebie i zaraz nadchodzi burza – w skórze chowasz
wędrowca z dobytkiem pragnienia – napój proszę wędrowca umyj
mu nogi poobcinaj paznokcie daj łyżkę strawy która od Pana pochodzi
po błyskawicy i na niebieskim stole –spójrz dzbany nieba i omasta
ubogaca stół jako misterium ciała przyjmij wyczesz mu głowę z ran
pod żółtym dużym beretem –niech krew opadnie w twoja doczesną
myśl –wędrowiec podaruje ci kawałek bursztynu i będziesz mógł
do środka natury zaglądać – dowiesz się skąd pochodzisz Skąd
przybył lodowiec skóra wielkiego morza i jak zastyga dusza w locie
Okazuje4 sie juz na następny dzień ŻE Bóg już wcześniej przysyłał
ku Ziemi zbawców odziewał w skóry – spójrz modliszka w środku
jakby w kawałku słońca i być może to Sokrates być może Inny
Spartanin a może Gilgamesz tak czasem maja się autorytety
Weź na przykład idź do Parku TAM na ławce na której wczoraj
siedziałeś śpi kloszard – Przez obdarte fioletowe rękawiczki widać
palce twarz zasłoniły brodatą -A może to Święty Piotr lub inny
namiestnik Dworu Pańskiego – nie budź GO dokąd drży ci brew
rysa skrzydło oka nad powiekiem – wieka rogówka

"bawcie się z sobą tak
byle byście się na wzajem
nie zjedli" – św. Paweł

 

back   Niesenność czy homeostaza?

tego wciąż nie pojmuję ale wiem Panie o tym ŻE
jestem wystawiony proszący cię o trochę stanu błogości
daj wytrzymać temu bezdźwięcznemu dźwiękowi pędzącemu
za żaluzjami jak kilogram rozrzuconych gwoździ i klekotu
pędzącego osobowego lub jak KTO woli towarowego pociągu
co kilka minut pojękuje balkon lany z żelaza wczesny gomółka
weź i oddal mój dom albo to okno conocnego rytuału anarchii
i wysławiania się stojących wciąż hulajgębów głośnych plujów
i taniego bełkotu gnieżdżącego się pod progiem jak nieustający
wiatr Ulico szeroka 25 aż po skwer za rogiem gdzie rzeźnia chrapie
Kidy uciszysz mi świat pytam Panie wiosny okno otwieram krzyż
chociaż jęczy lotnisko pobliskie ptakami czasem zapadają się w
spokoju żelazne ich skrzydła czasem znów kołują nad pobladłym
drzewem północy wyglądam i zbyt dużo tytoniu spala się w słuchu
ucha popielniczki i znów rżą ogry kiepują się kopytem do ranka zaniki
populacji idą spać w hotelach bezdomnych rozrzucając kawałki szkieł
A w dali pojękują kotki i bełciarze torturują ławki na skwerze z As
Wiem na pewno tak chadzają duchy na katharsis zawodzą psimi w
pysk gdy w krzakach parzą się deptacze szczając ze szczęścia (?)
jak nowonarodzone dzieci słońca

jedynie około dwunastej gdy wszystko jest dobrze zmęczone A
moja astma sprawdzona przyjaciółka kładzie się na płucach nago
dając na chwilę spokój JA mogę otworzyć drugie ok(n)o na oścież
bez nabierania oddechu czuję błoto i wieszam spocony ręcznik GDY
tracona niechcący szklanka spada na podłogę siłą ciążenia budząc
tamtych domowników KTÓRZY zaraz krzątają się jak przechodnie
przez mój pokój jakby do budki wchodzą suflerzy nocy
A w łazience w ramie z plastyku krzywa twarz moja na brzytwie
jakby odbita Mandala z PASJI Gibbsona widać żyłę ulicznego drzewa
genealogia świata na karku szyii wznosi się ponad wieszak kaszlem
ku ludziom na drodze kaszel ku kaszlowi wytrzeszcz oko i poczuj
bluesa związki prochy i zapach z kibla radosnego DN(i)A

   
       
       
       
       
       
       
       
                                                       
 
Zbigniew Kresowaty - KreZbi